Menu

donos kulturalny

wydarzenia kulturalne nad którymi warto się zatrzymać

Andrzej Jagodziński, Janusz Strobel "Tête-á-tête", Studio Realizacji Myśli Twórczych, 2017

k_carol

tete_a_teteW pewnej knajpie na uboczu, gdzie zawsze najważniejsza była muzyka, od lat mijali się dwaj Panowie. Stali bywalcy, którzy nigdy nie zamienili ze sobą słowa, ograniczając się do przyjacielskich skinięć głową. Wreszcie jednak stało się tak, że zasiedli do rozmowy. Rozmowy muzycznej. Taka oto poetycka historia zawarta w załączonej do wydawnictwa książeczce, stanowi wstęp do rzeczywistych spotkań, które zaowocowały omawianą tu płytą. Spotkań dwóch muzycznych tuzów, artystów z ogromnym doświadczeniem: Janusza Strobla, gitarzysty i kompozytora z doświadczeniem jazzowym i klasycznym oraz Andrzeja Jagodzińskiego, wybitnego pianisty, tym razem grającego jednak tylko na akordeonie. Takie wydawnictwa z udziałem znakomitych muzyków, niewspółpracujących ze sobą na stałe, są na świecie czymś zwyczajnym. Ileż to już kapitalnych płyt znajduje się na półkach miłośników muzy kameralnej, delikatnej, niespiesznej. Przykłady można by mnożyć, ale wymieńmy przy tej okazji chociażby klasyczne już – i moje ulubione – nagrania Charliego Hadena z Gonzalo Rubalcabą czy Patem Methenym, tegoż Metheny’ego z Jimem Hallem, Dave’a Hollanda z Kennym Barronem. Tête-á-tête świetnie się w to zestawienie wpisuje. Tym bardziej, że obaj muzycy, również należą do moich ulubieńców: Janusz Strobla pamiętam jeszcze z czasów fascynacji dokonaniami duetu Alber – Strobel. Andrzej Jagodziński w oczywisty sposób kojarzy mi się z chopinowskimi interpretacjami w wykonaniu autorskiego tria, ale także właśnie z akordeonowymi występami – chociażby przy okazji płyt nagranych z Giovannim Mirabassim. Dziewięć kompozycji – sześć Strobla i trzy Jagodzińskiego. Trzy kwadranse odprężającej muzyki. Czasem spokojnej, nastrojowej, niekiedy całkiem żwawej i radosnej. Z gitarą wybiegającą ku klimatom raz klasycznym, raz latynoskim i akordeonem podążającym od czasu do czasu ku nowoczesnemu musette.

Brakowało mi zawsze takich płyt w wykonaniu naszych krajowych, jazzowych znakomitości. Rejestracji, nawet jednorazowych, spotkań wybitnych postaci i grania niewymuszonego jakąkolwiek presją. Mam nadzieję, że album z udziałem tego kapitalnego duetu, będzie promyczkiem zwiastującym częstsze takie wydawnictwa.  

 

opublikowane w JazzPress 09/2017

© donos kulturalny
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci