Menu

donos kulturalny

wydarzenia kulturalne nad którymi warto się zatrzymać

Jack DeJohnette, Ravi Coltrane, Matthew Garrison — "In Movement"; ECM, 2016

k_carol

dej

Z dobrymi i bardzo dobrymi płytami recenzent ma czasem, wbrew pozorom, duży kłopot. Chciałoby się napisać tylko: „do słuchania marsz, natychmiast!” albo „pozycja obowiązkowa”. Niełatwo jest znaleźć słowa, które oddadzą wrażenia towarzyszące poznawaniu znakomitego dzieła. Niestety tak enigmatyczne postawienie sprawy raczej recenzentowi nie przystoi i trzeb postarać się o  brakujące 1668 znaków tekstu.

Takie właśnie problemy prześladowały mnie przy pisaniu tekstu dotyczącego płyty In Movement wybitnego perkusisty Jacka DeJohnette. Były członek jarretowskiego tria zaprosił do najnowszej sesji nagraniowej potomków dwóch muzycznych znakomitości, z którymi sam miał niegdyś okazję współpracować. Dla Raviego Coltrane’a obdarzonego muzycznymi genami zarówno po mieczu (Wielki ‘Trane’) jak i po kądzieli (Alice) oraz Matthew Garrisona – syna Jimmiego – album z DeJohnettem to debiut pod szyldem ECM-u. In Movement jest z jednej strony dotknięciem przeszłości.  Rozpoczyna się klasyczną Alabamą Johna Coltrane’a, kompozycją będącą reakcją na terrorystyczny atak Ku-Klux-Klanu na skupiający lokalną społeczność afroamerykańską Kościół Baptystów w Birmingham. Z muzycznych reminiscencji znajdziemy na płycie jeszcze Blue in Green Milesa Davisa / Billa Evansa oraz Serpentine Fire z repertuaru Earth, Wind & Fire. Wybór tych kompozycji to pewnego rodzaju hołdy dla dawnych kolaboracji Jacka DeJohnette: z Coltrane’m seniorem, Davisem, Evansem, Mauricem White’m. Dwie z pozostałych pięciu oryginalnych kompozycji (autorstwa dwukrotnie DeJohnetta, dwukrotnie całego tria i raz duetu DeJohnette / Ravi Coltrane) także są przywołaniem wielkich muzycznych osobowości: Two Jimmys – Jimmiego Hendrixa i Jimmiego Harrisona, Rashied – Rashieda Alego, a dodatkowo mamy jeszcze dedykację całkiem osobistą, dla żony lidera tego projektu, skomponowaną przez niego samego Lydię. Płytę zamyka Soulful Ballad, w przypadku, której – znów – tytuł jest najpełniejszym możliwym opisem.

Przy tym odwoływaniu się do przeszłości mamy jednak do czynienia z płytą na wskroś nowoczesną, muzycznie sięgającą zdecydowanie naprzód. Starcie pokoleń wygenerowało coś naprawdę wyjątkowego, a „młodzi” Coltrane i Garrison świetnie odnaleźli się w ECM-owskiej stylistyce, nie tracąc nic z własnych atutów. To jedna z najlepszych płyt 2016 roku. Cóż więc może napisać strudzony recenzent? Pozycja obowiązkowa. Do słuchania marsz, natychmiast!

jazzpress 4/2016

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • krisskala

    Mam to, jest naprawdę świetna!

© donos kulturalny
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci